Przyjaźnie jak wino…
Przyznam szczerze, że raczej nie jestem fanką obżarstwa, więc nie traktuję świąt jako wydarzenia kulinarnego i kiedy mogę uciekam od stołu…
Wczoraj właśnie – w pierwszy świąteczny dzień – nadarzyła mi się dobra okazja. Przyjaciółka z czasów podstawówki brała ślub. Osobiście preferuję letnie klimaty na tego typu ceremonie, ale muszę przyznać, że w kościele, wśród rozświetlonych choinek, było bardzo uroczyście.
Poza tym, na Boże Narodzenie mamy zwyczaj wracać w rodzinne strony i dzięki temu ujrzałam wczoraj koleżanki i kolegów, z którymi rozpoczynałam pierwszą klasę w bluzeczkach z granatowymi tarczami (czy dziś ktoś jeszcze takie cudo nosi?). I tak jak znajomi ze studiów są po prostu moimi dorosłymi znajomymi, z którymi wymieniam kilka słów na ulicy, tak te dziecięce przyjaźnie wydają się wciąż niesamowicie żywe.
Przyjechali z Nowego Jorku, Kalifornii, Warszawy, zaręczeni albo zakochani, ale wciąż tacy bliscy. To mi przypomina jak cudownie jest pielęgnować w sobie dziecko, tamte proste i szczere uczucia… Ot, taka magia świąt!