Peerelowe skanseny
Teoretycznie tzw. miniony ustrój to przeszłość zamknięta, dostępna wyłącznie w archiwalnych kronikach filmowych, opowieściach rodziców i serialu “Alternatywy 4″. Teoretycznie. W praktyce każdy z nas jest w stanie świetnie zakonserwowane PRLowskie kwiatki wskazać.
Mniejsza o panie w urzędach (tu powoli bo powoli, ale zmienia się na lepsze) czy w okienkach pocztowych. Mniejsza o ekspedientki, bo gdyby mi płacili niewiele ponad minimum krajowe to moja motywacja też byłaby w granicach minimum. Ale od pewnego czasu, a konkretniej od chwili gdy staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami czterech kółek, problemem numer jeden stało się znalezienie mechanika. Niby nic takiego, na każdej niemal ulicy jest jakiś zakład z szyldem “mechanika samochodowa”, ale oczywiście my musimy mieć swoje fanaberie. Otóż marzy nam się czysty warsztat. I tu zaczynają się schody. Polecanych fachowców jest sporo, cóż, kiedy w ich warsztatach panuje sodoma i gomora. Brud, syf, strach wejść niekiedy do środka, że o tapicerce “po robocie” nie wspomnę. Ja naprawdę pedantką nie jestem, wręcz przeciwnie, na moim biurku panuje, powiedzmy, artystyczny nieład, ale bez jaj. Zdaję też sobie sprawę z tego, że warsztat samochodowy ma swoje prawa i nikt tam z podłogi jeść nie będzie, ale mnie odrzuca. Po prostu, zwyczajnie mnie odrzuca.
Oczywiście dorobiłam sobie ideologię, dlaczego w rzeczonych przybytkach jest taka a nie inna sytuacja. Otóż, za czasów PRLu samochodami jeździli głównie panowie, na zmianę z paniami swymi oczywiście, ale to oni podejmowali decyzje w sprawie napraw, remontów i ogólnego pucowania. I czego się może spodziwać facet u mechanika? Fachowości, terminowości, tego że nie będzie zbytnio kantował na sprzęcie i oczywiście swojskości
Jak wyglądały kąciki do majsterkowania naszych ojców i wujków wszyscy wiemy. Na palcach jednej łapki jestem w stanie policzyć tych, którzy mieli poukładane i pozamiatane na wysoki połysk. I taki mechanik z odpicowanym warsztatem wzbudzałby głęboką nieufność.
Tyle że czasy się zmieniły. Dwa samochody w rodzinie nie są już niczym szczególnym, tak samo jak posiadanie prawa jazdy i samochodu wyłącznie przez panie. A z kobiecego punktu widzenia, taki uświniony warsztat zaufania nie wzbudza. Co drogim panom mechanikom za pomocą tegoż bloga poddaję pod rozwagę.
Komentarz: autor DeeJay1 19.02.2006 22:05
Hmm, zawsze można podjechać do ASO, zapłacisz 3-4 razy tyle ale czysto powinno być, w końcu za jakość usług się płaci, nie?
Komentarz: autor Feanor 19.02.2006 23:28
No i mamy jescze zaczątki peerelowskiego sądownictwa i cenzury, tzn chcialem powiedzieć IV RP;)
Komentarz: autor FuFu 20.02.2006 09:34
Eeee, ja tam po prostu nie wchodzę - daję auto Mojemu i wraca już odkurzone i umyte, i co najważniejsze - sprawne!
Komentarz: autor Asia 20.02.2006 11:08
DeeJay, za jakość chętnie zapłacę, ale ceny ASO to stanowczo jest _przepłacanie_
FuFu u nas też Monż jeździ po warsztatach, ale nietypowy jakiś jest, bo ma typowo kobiece podejście do zagadnienia porządku w warsztatach. Się dobraliśmy
Komentarz: autor gagatka 20.02.2006 11:19
Ja jeszcze polecam stare orbisowskie hotele z nutką dekadencji (zadymione firanki, siermiężna porcelana); przyzakładowe bufety z odgrzewanym siedem dni kotletem i dwutygodniowym jajkiem w sosie oraz… WARS, aaah!
Komentarz: autor Asia 20.02.2006 11:39
A kysz, a kysz
PS. Ze skansenowych eksponatów nie należy zapominać o barach mlecznych. Niestety, wrocławską “Mewę” wyremontowali i klimat gdzieś zaginął, a był to bar w którym pani zmywająca naczynia bez skrępowania, na oczach całej sali, potrafiła umyć sobie buty. Oczywiście że w tej samej wodzie co naczynia