Świąteczne 1000 km
Tak jakoś wyszło, że przy okazji Świąt i poświątecznego urlopu zrobiliśmy okrągłe 1k kilometrów. I super było. Odwiedziliśmy rodzinne strony, poplotkowaliśmy za wszystkie czasy, zmieszaliśmy z błotem (spokojnie, to było działanie czysto werbalne, nie żaden lokalny eksces dyngusowy) szwagierkę i ogłuszyliśmy się koncertowo.
Zaszaleliśmy. Wzięliśmy sobie urlop na przedświąteczny piątek i jeszcze na wtorek i środę, szef problemów nie robił, firma się nie zawaliła, a nawet nie wydzwaniali do nas za często.
Przedświąteczne przygotowania dla 4 osób + berbecia poniżej metra długości to doprawdy czysta przyjemność. Faktem jest, że teściowa mimo choroby dom ogarnęła i większość dań przygotowała, ale i tak sałatki pokroiło się migiem, zakupy zaliczyło błyskawicznie, w sumie od sobotniego popołudnia oddawaliśmy się błogiemu lenistwu. W niedzielę po śniadanku pomachaliśmy teściom, zapakowaliśmy Żabę do fotelika i wyruszyliśmy do moich rodziców. Jak pamiętacie rodzinkę z filmu „Moje wielkie greckie wesele” to mniej więcej to mam w domku. Na trochę mniejszą skalę, ale osoby nie przyzwyczajone doznają na początku lekkiej dezorientacji. Jakieś 12 osób na 50 metrach kwadratowych, w różnym wieku, gadające jedna przez drugą, chcące się na raz witać, częstować, opowiadać, pytać o wrażenia z podróży/ pracy/ wakacyjne plany, dzielące się najnowszymi rodzinnymi nowinkami, w tym wszystkim biegające stworzonko prawie półtoraroczne, kręćka można dostać. Ale jest fajnie. Nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu jakoś nie grzeszono, owszem, korzystaliśmy wszyscy z dobrodziejstw stołu dość hojnie, ale bez przesady, nikt nie zieleniał nazajutrz na samą wzmiankę o jedzeniu. Wbrew narodowej tradycji telewizor był w niełasce, z całego świątecznego programu obejrzałam tylko „Pasję” Gibsona (mocna sprawa. I jak to u Gibsona bywa mocno dosłowna), ogólnie daleko nam było do statystycznych 5 godzin ![]()
A potem nadszedł wtorek i dzień koncertu i rekreacji bezdzieckowej. Mała została u dziadków, a my śmignęliśmy do stolicy. Tak szczerze mówiąc, jak by mi kiedyś przyszło mieszkać i pracować w Warszawie, to produktem pierwszej potrzeby byłby jakiś jednoślad. Może nie skuterek, nie ścigacz i nie Harley, ale coś na czym da się bezboleśnie po mieście poruszać. OK, we Wrocławiu korki są niemiłosierne, ale na bogów, mamy aktualnie wyłączone z ruchu główne skrzyżowanie w mieście. Czy jak tam plac Grunwaldzki określić. W Warszawie takiego kataklizmu nie zaobserwowałam, a przejazd przez miasto w godzinach szczytu wymaga sporej dozy cierpliwości i wolnego czasu. No ale przebilim się do przyjaciół na Bemowo, wczesnym wieczorem wylądowaliśmy w Zielonej Gęsi z moją siostrą kochaną (zwaną dla ułatwienia szwagierką). Siostra akuratnie zamierza się rozwieść, i OK, ale okazaliśmy się nieczułymi sukinsynami i zamiast zgodnie kiwać głowami przypomnieliśmy Młodej co mówiła dwa lata temu, jak jej wszyscy wokół usiłowali wybić z głowy małżeństwo. Rozmowa o szwagierkowych hormonach zajęła nam ze trzy piwa, przez co niestety na występ Sepultury się nie załapaliśmy. Ale niedługo potem na scenę weszli panowie z In Flames i uraczyli zgromadzonych uczciwą półtoragodzinną rąbanką. Akustyk jak by z lekka dał ciała, bo z naszego miejsca wokal słychać było kiepskawo, ale nie czepiajmy się drobiazgów w sytuacji, gdy pół sali śpiewa (ryczy, jak kto woli) wszystkie kawałki, a pozostali skaczą jak im Szwedzi zagrają.
Środa to już niestety powrót do kolorowej rzeczywistości, w Wawie zdążyłam jeszcze poplotkować z kuzynką (i muszę powiedzieć że to lubię, nie widzieć się z kimś 2 lata i rozmawiać tak jak by się pożegnało wczoraj), potem pojechaliśmy sobie nadkładając nieco kilometrów do Festung Breslau. Droga krótsza wiedzie przez Częstochowę i Opole, droga wygodniejsza przez Katowice. Niezmiennie dziwne uczucie jest po zjeździe z autostrady, jak trzeba prędkość zredukować niemal dwukrotnie.
A na miejscu już tradycyjnie: koty do wygłaskania (siedziały w końcu same od poniedziałku), dziecko do reedukacji, bo babcia miękkie serce ma i jest wrażliwa na niedolę wnuczki, i co dziecko sobie zażyczy to dostanie. Mieszkanie do odgruzowania, bo kotom się nudziło i w ramach zabawy wywaliły trochę książek z półek, rozwlekły ciuchy po domu i ogólnie świetnie czas spędzały. W pracowniczej skrzynce jakieś 400 maili, w większości newslettery i powiadomienia o imprezach, ale trzeba się przez to przebić.
Ale odpoczęłam. Czego i Wam życzę, długi majowy weekend już za tydzień
komentarz: by primavera 21.04.2006 14:18
„Pasję” widziałam w kinie…… jak dla mnie „mocna sprawa” to mało powiedziane. Pozdrawiam poświatecznie
komentarz: by Asia 23.04.2006 13:15
Kumpel który też był na „Pasji” w kinie mówił, że najbardziej charakterystyczne dla filmu było stopniowo cichnące chrupanie popcornu…
komentarz: by gagatka 24.04.2006 09:29
A ja się po prostu nie mogłam zmusić żeby obejrzeć ten film – chyba trzeba do tego jakoś dojrzeć…