30 Kwietnia 2006

My nowe pokolenie

autor: Asia, dział: Obrazki, godz. 21:25

Żelaznym tematem dla dziennikarzy od dobrych paru lat jest smęcenie o „kolejnym polskim straconym pokoleniu”. Ale mam dla nich złą wiadomość, powoli czas sobie znaleźć nowy uniwersalny temat do narzekania. Idzie nowe, panie i panowie…

Obserwacje poczynione na własnym pracowniczym podwórku (czyli mała agencja reklamowa z Wrocławia) dobitnie wskazują, że młode pokolenie nie da sobie w kaszę dmuchać. Mamy prawie od roku nową graficzkę w pracy. Dziewczyna (’83) jeszcze studiuje, po drodze łapała jakieś fuchy, jesteśmy jej pierwszą poważną firmą. Ale absolutnie nie ma z tego powodu jakichkolwiek kompleksów. Z klientami rozmawia konkretnie, bynajmniej nie stara się stawać na głowie żeby wykonać zlecenie na przedwczoraj, jak się nie da to się nie da, no trudno się mówi.

Stanowi ciekawy kontrast dla naszego grafika (rocznik ’70), który z kolei wychodzi z założenia, że klient nasz pan, a dla naszego pana wszystko. Na przykład zaprojektowanie kalendarza (format A1), druk tegoż, zapakowanie do kartonowych pudeł i wysyłka paru setek egzemplarzy, czyli coś co angażuje wszystkich w firmie na dwa dni, całość za bardzo śmieszne pieniądze. Grafik zadzwonił do klienta i powiedział że to jednak będzie więcej kosztowało dopiero jak mu ładnie wyliczyłam, że pracujemy za kasę niewiele wyższą niż w McDonald’s ;)

Podobnie rzecz ma się z ustalaniem cen na konkretne zlecenia. Grafik daje nowym klientom ceny, nazwijmy to ładnie, preferencyjne, z uzasadnieniem, że jak zrobimy tanio i dobrze to do nas wrócą. Dziewczyna podaje ceny normalne. A klienci nie uciekają do konkurencji, tylko po zakończeniu roboty dziękują za profesjonalną współpracę.

Jak „stary” grafik da ciała z jakimś projektem, obojętnie, czy zawali termin czy zrealizuje coś nie do końca zgodnie z ustaleniami to przez pewien czas łazi i niemal przeprasza że żyje. Jak graficzka coś skopie to wychodzi z założenia że no trudno, błędy się zdarzają przeprosi i przechodzi nad nimi do porządku dziennego. Choć ją także zaskoczył nasz nowy programista (rocznik 82, studiujący, bez doświadczenia zawodowego). Chłopak miał do napisania pewien program, deadline na koniec lutego. Od początku marca termin oddania projektu przesuwał się średnio co dwa tygodnie. W tzw. międzyczasie wydębił od szefa drobną podwyżkę (choć na umowie dostał dokładnie tyle ile sobie zaśpiewał na rozmowie kwalifikacyjnej). Początek kwietnia, okazało się że pracownicy na umowie o pracę mają już wypłaty na kontach, a ci na zleceniu albo na um. o dzieło jeszcze czekają na przelew. Co zrobił nasz kolega? ano, napisał do szefa krótkiego maila, że do czasu wpłynięcia środków na konto zawiesza współpracę, wyłączył kompa i wyszedł. Towarzyszył mu łomot naszych szczęk, z nagła opadłych na podłogę.

Przykład trzeci, laska (81 rocznik) pracująca w kancelarii prawnej w charakterze sekretarki plus obowiązki z zakresu podstawowej księgowości. To że z początku przychodziła do pracy w dżinsach i sweterku (a kancelaria z gatunku tych ą i ę) to pikuś. Potem była totalna obraza na szefa plus chęć rzucenia roboty za odmowę udzielenia z dnia na dzień dwóch dni urlopu. A pewnego pięknego wiosennego dnia rzeczona dziewczyna siedziała w pracy w peruce afro, kupionej w sklepie ze śmiesznymi rzeczami. Szczerze mówiąc nie wiem, zazdrościć fantazji czy piętnować głupotę?

Bo ja niestety jestem z kolejnego „straconego pokolenia” ;) z końca lat siedemdziesiątych. I chyba za bardzo się przejmuję robotą. Jak zawalę termin to sumienie gryzie dłuuugo. Jeśli nie jestem w 100% w porządku ze swoimi zobowiązaniami to nie trzaskam drzwiami i nie wychodzę bo mi pensja na konto do 10 nie wpłynęła. Co najwyżej powiem szefowi że no sorry, mówiłam że kasa jest potrzebna, nie ma jej, więc idę w miasto pożyczać po ludziach. Wyjdzie z grubsza na to samo, a nie palę za sobą mostów. Mundurków nie lubię i nigdy nie lubiłam, więc mimo mgr prawa na dyplomie pracuję w szeroko pojętej reklamie. Bo mi tu zwyczajnie lepiej. Ale jak patrzę na ludzi młodszych o te głupie kilka lat, to widzę przepaść w podejściu do pracy. Oni żyją i pracują na luzie, są przekonani, że bez problemu znajdą sobie inną pracę, a w ostateczności rzucą wszystko w diabły i wyjadą z kraju. Bo nie mają mężów/ żon a przede wszystkim dzieci na głowie.

I może to jest właściwe podejście? jak w tym starym kawale „a może rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?”.

11 komentarzy »

  1. komentarz: by Paweł Tkaczyk 30.04.2006 22:34  

    Podejście mają takie, a nie inne, bo prosto ze szkoły łapią dobrą pracę. W tej chwili o wykwalifikowanych pracowników trudno, więc ten i ów może sobie pozwolić na trzaśnięcie drzwiami. Jednak w dłuższej perspektywie trzeba będzie nauczyć się trochę pokory — cykl koniunkturalny ma swoje prawa i za kilka lat nie będzie już z górki, a bardziej pod górkę ;)
    Sam szukam w tej chwili dobrych ludzi do zespołu i… znaleźć nie mogę. Więc ci, co są dobrzy mogą stawiać warunki :)

  2. komentarz: by losamorales 01.05.2006 11:55  

    zabroncie grafikowi rozmow z klientami i ustalania cen (sic!) bo ma gosc zdecydowanie za duzo na glowie ;)

  3. komentarz: by shrew 01.05.2006 12:53  

    Pawel, o Twoich poszukiwaniach pracownikow juz byla mowa ;)

  4. komentarz: by gagatka 02.05.2006 12:44  

    Też jestem z końca lat 70-tych, ale szczerze robota jest u mnie dopiero na n-tym miejscu. To chyba raczej kwestia charakteru i zakrętów na których się człowiek wyłożył – sama zęby już sobie wybiłam na „przejmowaniu się” a teraz widzę że to droga donikąd…
    Z drugiej strony znam sporo świeżo upieczonych absolwentów, którzy szorują mi po mózgu swoją pracowito-starannością.
    A w sumie to chodzi mi o to, że jestem wrogiem generalizacji – zawsze były lumpy i obijaki, zawsze będą nadgorliwcy. Chyba, że ci ostatni wyginą z przemęczenia…

  5. komentarz: by FuFu 02.05.2006 14:18  

    Gagatka ma rację – osobiście jestem rocznik ’81i praca zawsze była ważna – taki mam charakter i lubię jak wszystko co robię, jest zrobione dobrze.
    Jestem sekretarką i owszem, zdarza mi się wpaść do biura w sweterku, a nie tylko w koszulach i szpilkach, ale to dlatego, że do pensji mi nie dodają na „kostiumy” – po prostu mnie nie stać – mam rachunki do zapłacenia i nie kupię kostiumu za 350 zł, żeby wyglądać ą i ę. To jest moja druga praca – pierwsza poważna po studiach i nie zarabiam kokosów.
    Widzę znajomych, którzy mało się przejmują, niewiele robią i zarabiają więcej, ale to kwestia pracodawcy, by znalazl kogos, kto nie oleje obowiązków i bedzie wdzieczny za dobrą pensję. No i oczywiście bez znajomości, bo ciężko później zwolnić córkę kuzynki siostry matki… ;)

  6. komentarz: by RAFi 02.05.2006 21:49  

    36% Polaków jeśli dostałoby pracę zagranicą wyjechałoby z Polski. To jest zatrważające, a nie jakiś bubek, który pierdolnie drzwiami, bo mu się przelew na koncie nie pojawił. I wiecie co? Ja go rozumiem, bo osobiście również mnie denerwują pizdusie, którzy wymagają wszystkiego, a płacą śmieszne pieniądze ludziom, którzy sobie niejednokrotnie flaki wypruwają.

    Rozumiem gościa, po raz drugi. Dlatego, że jeśli wykonuję pracę, to oczekuję za nią zapłaty, która mi się należy i już pal licho, że naciągają terminy (a bo u nas w firmie 10. każdego miesiąca jest wypłata), ale często spóźniają się z wypłaceniem należności, które mi się należą jak psu buda, jak kotu kuweta.

    Na mnie nie poczekają z regulacją rachunków, bo mi prąd, gaz, telefon odetną, z mieszkania wyrzucą, domeny wyłączą i nikogo tam nie obchodzi. Mnie również to nie obchodzi i jeśli wobec kogoś wywiązuje się z obowiązków robiąc często ponad to, a w zamian spotykam się ze spóźnionymi wypłatami, podziałem pensji na oficjalną i nieoficjalną część, brakiem narzędzi do pracy, to wstaję i wychodzę, bo na szczęście w moim zawodzie jest dużo pracy.

    I tak jak ten programista, tak i ja jako grafik na nonszalancję i ignorancję dla spasłych, aroganckich bałwanów mogę sobie pozwolić.

  7. komentarz: by gagatka 03.05.2006 09:33  

    A jeszcze dodam po tym co tu RAFi słusznie zauważył, że skóra to czasem cierpnie też od patrzenia ile ludzie pozwalają z siebie wydoić.
    Mam młodych znajomych pracujących w administracji publicznej – języki, studia podyplomowe, kursy, każdy przepis w głowie, „no problem – zostanę do 19.00″ albo przyjdę w weekend projekt kończyć. Dostają za to 1400 na rękę i frustrację gratis – od radnych co się byle czego czepiają, od petentów co zawsze z mordą, od pań zaraz przed emeryturą co je drażni, że się jakiś „e-mejli” muszą uczyć odbierać…
    Płakać mi się chce czasem jak to widzę…

  8. komentarz: by Asia 03.05.2006 10:25  

    A ja się ciągle przejmuję robotą. Nie każdą i nie zawsze, ale do mojego głównego zajęcia mam stosunek osobisty- przejmuje się statystykami portalu, sprawdzam co o nas na necie mówią, plus zapuszczony nieustanny „szwendacz” dzięki któremu często fajne pomysły przychodzą np. podczas rowerowych wypraw.
    Z drugiej strony, mam szczęście do ludzi i moimi szefami byli dotychczas ludzie którzy najwięcej wymagali od siebie. A nie kapitalistyczne krwiożercze prosięta ;)
    I wychodzę z założenia że w końcu jesteśmy dorośli i języka w gębie mi nie urwało, więc jeśli kasa będzie mi potrzebna szybciej to mówię to szefowi (ewentualnie biorę zaliczkę), a nie idę sobie w cholerę. Bo szef też człowiek. A po za tym nie lubię palić za sobą mostów.
    FuFu no, ja do pracy w dżinsach przychodziłam jak robiłam w Urzędzie Wojewódzkim. Dokładnie z tego samego powodu co Ty ;) Tylko że wspomniana przeze mnie laska wydaje na ciuchy i buty jakieś 2k na miesiąc…
    A asertywność to zupełnie inna sprawa ;)

  9. komentarz: by Asia 03.05.2006 10:28  

    losamorales się staramy go od klientów izolować, choć nie do końca się to udaje- graficzka ma rok stażu, on jakieś 10 lat i siłą rzeczy zna sie na tym lepiej ;)

  10. komentarz: by Asia 03.05.2006 14:55  

    BTW (ctrl c – ctrl v z pl.listserv.chomor-l) :

    Pracownik agencji reklamowej wychodzi z pracy do domu, o 16-tej.
    Koledzy dziwnie na niego patrza ale nic nie mówia.
    Na drugi dzien znowu wychodzi do domu po 8 godzinach.
    Koledzy patrza z niesmakiem ale milcza.
    Trzeciego dnia wybija 16-ta, koles pakuje manele i zabiera sie do wyjscia.
    Koledzy nie wytrzymuja.
    - A ty co kurwa! My tu zapierdalamy jak osly po 16h a ty sobie do domu idziesz?
    - Ale… ale.. ja mam urlop…

  11. komentarz: by mi:) 05.05.2006 11:29  

    ja rowniez w metryce urodzenia mam koniec lat siedemdziesiatych i takie same podejscie do pracy, a szkoda. wiazac sie z mlodszym lat kilka facetem, moge codziennie obserwowac jak zupelnie niczego sie nie boi, jak wierzy w siebie, jak nie przejmuje sie duperelami, ktore mi zatruwaja zycie. i kurcze, wstyd sie przyznac, ale zazdrosc mnie skreca, ze nie potrafie jak on i zyję z tą glupią świadomoscią, ze nigdy z takim podejsciem, kariery raczej nie zrobie, a ze on zajdzie BARDZO daleko jest dla mnie naturalne jak oddychanie.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URI.

Dodaj komentarz

Dodanie komentarza do wpisu

Jeśli chcesz, możesz użyć następujących znaczników: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>