PRL-u czar
Stwierdzeniem, że moda na PRL zatacza coraz szersze kręgi Ameryki nie odkryję. Mamy lokale stylizowane na epokę, mamy imprezy w klimacie minionym, tylko czekać aż czołowi projektanci zaczną wykorzystywać w kreacjach krój nieśmiertelnych dżinsów „Odra” lub wdzięcznie falbaniastych apelowych bluzeczek. Ostatnio w nurt wpisało się „Moje gotowanie„.
Oczy me poraził tekst z okładki „Supertemat. Czar PRL-u. 27 przebojowych przepisów z tamtych lat„. Nooo, się skusiłam i kupiłam. Już na wstępie pani redaktor naczelna zaprasza serdecznie do zastawienia stołu frykasami (a raczej „frykasami”) z lat PRLu i powspominania jak to niegdyś bywało.
Redakcja ogólnie temat potraktowała lajtowo, ponieważ w artykule brak przepisów na:
- kotlety mielone z kiszonej kapusty
- schabowe z grzybów (czyli kanie w panierce, pychota swoją drogą, o ile nikt nie próbuje im mięsnego rodowodu doczepiać)
- dżem pomarańczowy z dyni
- rosół z wołowiny
- mortadelę panierowaną
- oszukane „schabowe” z – pardon my french- krowich wymion
- różne cuda z ryżu dmuchanego (preparowanego)
- ciasto z kefiru (prawie jak babka piaskowa, ale jak wiemy „prawie” robi różnicę)
- własnoręcznie przygotowaną czekoladę z mleka w proszku
- różnego rodzaju pasty do chleba. Twarogowo- śledziowa na ten przykład, albo pasta z serdelków i serka topionego, dzięki której uzyskujemy pastę o zwiększonej ilości pełnowartościowego białka.
- kotleciki „mielone” z płatków owsianych
Część z tego była całkiem całkiem, szczególnie jak miało się kilkuletnie podniebienie i wieczny niedobór rzeczy mających w składzie czekoladę. Z ryżu preparowanego robiło się na przykład bardzo fajne „szyszki”, czyli mieszało się ryż z przygotowaną domowym sposobem masą toffi. Czekolada domowa nie wytrzymywała niestety porównania z wyrobami czekoladopodobnymi, że o słodkościach wyszarpywanych z Pewexu nie wspomnę. Ale znów na jednych zajęciach ZPT (czyli zajęcia praktyczno- techniczne, w klasie piątej albo szóstej zaliczaliśmy „gotowanie”. Się działo
) robiliśmy bardzo skomplikowane danie z chrupek kukurydzianych i płynnej czekolady zdiełanej tymi ręcami. Boszzz, do dziś pamiętam jak się tego nażarliśmy.
Wychodzi na to, że PRL swój urok miał, bo jak widać powspominać miło. No właśnie. Powspominać. Na tej samej zasadzie w ustach dziadków kombatanckie relacje z najpaskudniejszych nawet bitew nabierają nieodpartego wdzięku. Tak się zastanawiam, jakie kulinarne pamiątki po minionej epoce z miłą chęcią przechowam dla następnych pokoleń i wychodzi mi że żadne. Przyszłe pokolenia będą mi zapewne wdzięczne
komentarz: by Czytacz 22.01.2007 06:30
A najwięcej kombinowania to było ze zdobyciem rybki dla kota. Człek zeżre wszystko, a kotu trzeba było coś dobrego, więc stało się po kolejkach
komentarz: by gagatka 22.01.2007 10:32
zabrakło mi gulaszu w postaci mazi z chrząstkami z kaszą gryczaną oraz jaj na twardo w sosie majonezowym… Poza tym smak PRL de luxe – zdobyczne słodycze z peweksu…
jeśli chodzi o dziedzictwo kulinarne to mam kartoflaną rodzinę od pradziada i żaden PRL nic tu nie zdziałał. Kluski były i będą
komentarz: by faceless 22.01.2007 14:39
Ja nie lubię mięsa więc podejrzewam, że byłam szczęśliwa, że go nie było… A pamiętam te szyszki z ryżu… Ja je bardzo lubię nawet teraz.
komentarz: by gagatka 22.01.2007 15:33
Faceless no własnie, wegetarianie to mieli fajnie jak na tym mięsie tak wszędzie żydzili… a teraz, zgniły kapitalizm wszędzie rzuca jakimś boczkiem albo szynką
komentarz: by Asia 22.01.2007 18:42
Czytacz no nasza nieboszczka kota żarła to co akurat było u nas na obiad. Na przykład marchewkę i jakoś przeżyła szczęśliwie długie 12 lat.
Faceless, Gagatka brrr.. jako rasowego mięsożercę szlag by mnie trafił, gdyby dłużej przyszło żyć w bezmięsnym PRLu
komentarz: by faceless 23.01.2007 08:06
Na nas się obrażają… Że jak przychodzimy z M na jakąś imprę do dalszej rodziny, to wybrzydzamy.
komentarz: by KM 16.04.2008 19:44
Czy ktoś wie, jak nazywały się malutkie czekoladki o smaku skórki pomarańczowej , sprzedawane za czasów PRL??