20 Kwietnia 2007

Portugalskie wampiry we wrocławskim klubie

autor: Asia, dział: Obrazki, godz. 19:22

Był taki czas, że płyta „Wolfheart” znajdowała się w moim odtwarzaczu 24/24, słuchana na okrągło, całymi tygodniami. Był taki czas, że głos F. Ribeiro mógł mnie zaprowadzić niemal pod same bramy piekła…

Czasy się niestety zmieniły. Ani Sin Pecado, ani The Butterfly Effect nie powtórzyły sukcesu wcześniejszych płyt, IMVHO oczywista, i tak wałkując stare, doskonale znane kawałki Moonspella mijały kolejne miesiące.

Jakoś na początku roku gruchnęła wieść, że Moonspell zawita znów do Polski, odwiedzając między innymi Wrocław. No to co było robić, z czystego sentymentu wypadałoby kupić bilet. A u nas prócz sentymentu była jeszcze chęć obejrzenia i posłuchania Ribeiro na żywo, konfrontacja wyobrażeń sprzed lat dziesięciu z brutalną zapewne rzeczywistością.

Moonspell rządził WZ-ką, to mogę napisać od razu. Dali show porównywalne z tym, jakim na jesieni uraczył nas Satyricon. Na Darzamat nie zdążyliśmy niestety, czego trochę żałowałam, bowiem od czasów archaicznego „In the Flames of Black Art” z chęcią bym ich w wersji live posłuchała

Potem przyszła kolej na radosnych Austriaków z Darkside. W sumie trudno orzec, czy lepiej bawiła się na ich występie publika czy członkowie zespołu, ale z uwagi na dwóch charakterystycznych gitarzystów stawiam jednak na kapelę. Austriacy zadanie mieli mocno niewdzięczne, bo co tu dużo ukrywać, ludzie przyszli na Moonspella i to było czuć. Owszem, zabawa była, ale jakaś taka niemrawa, panowie na scenie produkują się aż miło, parę metrów dalej na widowni wyluzowani kolesie palą papierosy z wypisanym na twarzy „no dalej, guys, zaskoczcie nas czymś…” (tłumaczenie złagodzone, bo w metalowym światku określono by te miny znacznie dosadniej). W sumie największą owację dostali za kawałek zadedykowany śp. Docentowi z polskiego Vadera.

A potem zaczęło się pod sceną robić ciasno, pojawiło się coraz więcej mrocznych pań w mrocznych koszulkach, gorsetach i temu podobnych fatałaszkach, jakiś gość w żabocie, słowem- mrok do bólu. Techniczni w tym czasie zajmowali się ustawieniami sprzętu, ku radości zgromadzonej publiki, która zachowywała się dokładnie tak jak na Motorheadach: techniczny brzdąknie na gitarze, publika reaguje żywiołowo.

A potem na sali zapadła ciemność. Dym, czerwone światła… w tej mrocznej scenerii pojawił się Moonspell, na samym końcu wszedł na scenę ten najbardziej oczekiwany, czyli Ribeiro.
Zaczął się spektakl.

Tak, tak. Nie koncert, a profesjonalny, wyreżyserowany niemal do ostatka spektakl. Jedyny moment, w którym akcja jakby wymknęła się chłopakom spod kontroli miał miejsce w środku koncertu, kiedy to Ribeiro poprosił, abyśmy zaśpiewali lokalne „happy birthsday” jednemu z członków zespołu.

Zaśpiewaliśmy. Dwa razy :D

To znaczy dwie różne wersje, ale przy tej drugiej (i jeszcze dłużej, i jeszcze raz, sto lat sto lat niech żyje nam) było widać w zespole pewną konsternację.

Koncert stał na bardzo wysokim poziomie pod względem audiowizualnym Ribeiro ma wokal pierwszoligowy i wie jak go wykorzystać. Spec od dźwięku zdaniem mojego Kochania także wiedział jak atuty wokalisty podkreślić, bowiem za pomocą subtelnych efektów uzyskał znakomity rezultat.

Jeśli natomiast chodzi o stronę wizualną – było rewelacyjnie. Światła same w sobie wzbudzały zainteresowanie, stosowane z umiarem, głównie kierowane na scenę walnie przyczyniły się do stworzenia wyśmienitej atmosfery. Panie, panowie, chapeau bas!

Co chłopaki zagrali? same hiciory. Z oczywistych względów najbardziej interesował mnie materiał z moich ulubionych płyt. Pojawiło się „Ruin & Misery„, „Opium„, wywrzeszczana przez publiczność „Vampiria„, obowiązkowe „Alma Mater„, a na bis m.in. „Mephisto„.

Czy można chcieć czegoś więce?
Would you die for this?

6 komentarzy »

  1. komentarz: by 9gods 20.04.2007 19:30  

    Ja lubię Sin Pecado, w sumie już nawet bardziej teraz niż Wolfheart. Za nowszych albumów już jakoś nie znam, ludzie się zmieniają :)

  2. komentarz: by Asia 20.04.2007 19:47  

    9gods – no właśnie, też zamierzam sobie pokoncertowo odkurzyć dyskografię Moonspella, być może wkrótce będę inaczej gadać ;)
    A to że inne płyty podobają nam się w wieku lat nastu a inne w wieku lat -dziestu to normalna sprawa ;)

  3. komentarz: by BabaJaga 22.04.2007 19:42  

    Ale fajnie czytało mi się tą recenzję! Chyba mam nie mniejszy sentyment do TEJ kapeli, TYCH płyt i TYCH utworów… :) Chociaż Butterfly Effect też bardzo lubię.

  4. komentarz: by Katie 22.04.2007 19:51  

    mnie koncert niestety ominął, ale masz rację pisząc o spektaklu, zawsze imponowało mi, to w jaki sposób robione są tego rodzaju koncerty

  5. komentarz: by Asia 22.04.2007 21:37  

    BaboJago dziękuję ;) od dawna sobie obiecuję ponowne podejście do nowszych płyt moich ulubieńców, ale jakoś mam podskórnie zakodowane, że najlepsze rzeczy to przytrafiały się w połowie lat 90-tych ;)
    Katie moje Kochanie zauważyło, że na koncerty kapel grających dłużej niż 10 lat można iść chociażby dla samej przyjemności popatrzenia na ich sceniczne mistrzostwo. O ile nie podchodzi się do grania cały czas tak poważnie jak choćby Dark Funeral :D

  6. komentarz: by demon 08.07.2007 11:52  

    okropnosc nienawidze demna one so obrzydliwe

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URI.

Dodaj komentarz

Dodanie komentarza do wpisu

Jeśli chcesz, możesz użyć następujących znaczników: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>