„Radość picia”
Książka pod tak pięknym tytułem ukazała się w maju tego roku na spragnionym (również wiedzy) rynku amerykańskich czytelników…
Autorka poświęciła dużo czasu na wnikliwe badania nad istotą spożywania napojów alkoholowych i miała więcej szczęścia lub talentu niż każdy z nas, badaczy, bo udało jej się stworzyć ciekawy i zabawny obraz ludzkości nad kielichem.
Z co bardziej trafnych, autorki własnych i zapożyczonych, idei czuję się uhonorowana mogąc przytoczyć:
> historia cywilizacji zaczęła się od fermentacji (Faulkner)
> alkohol klejem rasy ludzkiej – kultura zaczęła się, gdy ledwo bełkoczące prymitywne stwory zaczęły się odwiedzać po sąsiedzku, po dobrych zbiorach, i spijać pianką z tego co się nadpsuło
> w każdym porządnym pubie potencjalnie znajdzie sie jeśli nie przyjaciel na całe życie, to chociaż ktoś do pokłócenia się na temat polityki zagranicznej albo (Boże uchowaj!) klubów piłkarskich
> na tle wesołych i swawolnych tawern, kawiarnie są kotłami zgorzkniałych malkontentów (+ iPod I jest Starbucks)
> Alkoholik to ktoś kogo nie lubisz, a kto pije tak samo dużo jak ty (Dylan Thomas)
> dzisiejsi koneserzy wina, księża rytualnych praktyk wąchania, bełtania i plucia, w imię społecznej nobilitacji, zatracili biedaki istotę rzeczy… radość picia!
No i proszę, aż sobie ze szczęścia ogólnego nalałam szklaneczkę śliwowicy z lodem. W końcu to tysiące lat tradycji tego pędzenia… za nirwaną. A pytacie co z wątrobą? Otóż American Journal of Clinical Nutrition (taki mądry gazet co bada nasze talerze i kubki) pisze, że umiarkowany piwosz (???) łyka dziennie z kufelka 11% potrzebnych mu protein, 12% węglowodanów, 9% niezbędnego fosforu, 7% ryboflawiny i 5% niacyny. Jednym słowem, jak miniesz zagadkowe „umiarkowanie”, to jesteś chodzącą witaminą.
Może by tak z tą książką na listę lektur wyjechać? Pod hasłem „z mszalnego stołu”i „dbaj o zdrowie swoje i bliźniego swego”???