o poecie, który jeździ koleją
Moje życie podróżnicze zostało ze względów osobistych przyozdobione w tym roku 14-godzinnymi sesjami pociągowymi w kierunku południowym, ku piwolubnym sąsiadom. Zaczynam powoli pracować nad monumentalnym dziełem „pociągomachii”…
Rozdział pierwszy będzie melodyjną trzynastozgłoskową inwokacją na temat warunków sanitarnych, zapachów, różnic między kształtem siedzeń a fizjonomią ludzką, działaniem urządzeń grzewczych i chłodniczych – jednym słowem: hard core PKP.
Następnie, poświęcę kilkaset wersetów obsłudze naziemnej pt. niedouczona panienka z brudnego okienka oraz załogom stalowych dyliżansów – tu przynajmniej proporcja fifty-fifty: nieuprzejme półgłówki i konduktorzy z sercem zamiast kasownika.
Rozdział trzeci zgłębiać będzie tajniki logistyki i przesłanek, dla których nocny pociąg z Krakowa do Helu nie posiada wagonów sypialnych i jest o połowę za krótki (czy nikt nie słyszy tych szeleszczących papierków made by NBP w kieszeniach sfrustrowanych zmęczonych podróżników????) zaś czynnik spóźnienia ( za które zawsze przepraszają, jak bosssko!) staje się trzonem sensu działania kolei. Czy to forma promocji w stylu: w nadwiślańskim kraju nawet czas płynie wolniej…???
Ale upust poetyckiej weny ( i syczącej pary z nosa) dam dopiero w części ostatniej poświęconej pasażerom różnych maści.
Psychologowie i badacze fenomenów społecznych! Porzućcie szkiełko i oko, kupujcie bilety! Na gorąco mam prawie gotowe studium przypadku:
> pary wiekowych moherów spod Katowic: ona, błogosławiąca duchem świętym wszystkich rozmówców swojej komórki i wzdychająca do „jezus-maryja-przenajświętsza” jak ten pociąg szybko jeździ Walduś!”, on zaczytujący się w niebogłosy w ogłoszeniach „młoda niedoświadczona poszukuje korepetytora do spraw łóżkowych” (Riposta małżonki: „zamknij oczy Walduś! musisz odpocząć!”)
> infantylnej mamusi w kiteczkach z siedmioletnią córeczką, chwalącą się tacie przez telefon, że „w Wiedniu w wesołym miasteczku to mieli takie dziury, co z nich buchało takie powietrze i całą spódnicę podwiewało”, i dobrze, że ona majtki włożyła, bo czasem zapomina; obydwie w ciągu 3 godzin 146 razy wyszły do toalety i przeprowadziły ze sto głupich rozmów uniemożliwiających nawet lekką drzemkę strudzonym, acz pamiętającym o majtkach na codzień…
> czterech wesołych studentów z czeskiej Ostrawy pijących wódkę o 11.00 rano i odmawiających mi prawa do obywatelstwa polskiego z racji niechęci do przystąpienia do wspólnej konsumpcji („toś ty nie jest polska baba że wódki nie chceta”) ; następnie zaś demonstrujących powszechną znajmość polszczyzny za granicami, cytuję: „k…wa mać, wsistko spier…olone, ty głupi ch…ju”
Jeszcze ze dwa weekendy na pięknej Wysoczyźnie i dojdę do epilogu, po czym wyślę całość „Pekapei” ojcom mojej weny.
komentarz: by mi:) 27.07.2007 11:49
a ile kosztuje taka przyjemnosc? bo cos mi sie zdaje, ze samolotem mozna za podobna cene z ogromna oszczednoscia czasu:)
komentarz: by gagatka 27.07.2007 19:43
mi No właśnie nie do końca -koleją jest bezpośrednio – wyjazd spod domu prawie pod drzwi i jakieś 60 EUR, samolotem z wycieczkami na lotniska dość odległe zajęło mi to wszystko też dobre 8 godzin i kosztowało 300 EUR… No ale przecież można żyć wodą i miłością
komentarz: by Asia 27.07.2007 21:15
niech żyją uczucia polsko- czeskie
a kolejami jeździ się świetnie, dwie książki do plecaka i można zdobywać świat. Przy okazji podpowiem, w Czechach mają bardzo fajny „rum”, Che Guevara się nazywa, ale jest mmmmmm
komentarz: by gagatka 28.07.2007 10:04
Asiu niech żyją
! A w Czechach to mają jeszcze inne dobre trunki… obecnie jestem w upojeniu slivovicą!