albo ulubionym gitarzyście lat sześćdziesiątych, albo w hołdzie nowej odmianie jabłek, albo dla beki. Tak przynajmniej to wygląda, jak się spojrzy na te gazetowy strony z noworodkami: Axel, 4,3 kg, 56 cm; Nicola, 3,2 kg… I jak tu za 60 lat będzie można napisać poważny nekrolog???
Ludziom ewidentnie odbija. Ja się zgadzam, że dziś Włodzimierz w przedszkolu to łatwego życia nie ma, a i Zenobii będzie potrzebne sceniczne emploi, żeby odnieść sukces (Cytryna, np.), no ale nie można z dzieci pajaców robić na starcie.
Znacie takich ludzi na pewno : ma na imię Olgierd, ale wołają go Romek, bo tamtego typa nie znosi. Moja szefowa jest Regina, ale mówimy jej Zosia, i jak przychodzi nowy narybek, a telefon od VIPa jest do Reginy z wizytówki, to narybek mówi, że tu taka nie pracuje. Mój brat Błażej, teraz zadowolony oryginał wśród tomków i maćków, kiedyś reagował tylko na Olka (to jeszcze było “przed”
).
A ponoć imię kształtuje osobowość. Jakieś naukowce dowiodły, że ludzie z oryginalnymi POZYTYWNIE imionami osiągają o wiele lepsze wyniki w szkole i później pracy zawodowej. Coś jest na pewno na rzeczy, bo jak się jest piątą kasią w klasie to albo trzeba ogolić głowę i podziurkować sobie obie brwi i język, albo jest się częścią tłumu. A części tłumu zarabiają (najwyżej) średnią krajową i jeżdżą raz w roku na tydzień na Mazury z dwójką dzieci i psem.
Czytałam kiedyś historię Irvina Shaw’a o 4 piotrach w jednej klasie, których dowcipny nauczyciel historii zwał Piotrem I, II i III, zaś ostatniego Piotrem Wielkim. Pech był taki, że chłopczyna był najmizerniejszy w całej szkole i życie jego nabrało nieustającego posmaku kpiny.
Dlatego jako że “dzięki” becikowemu - dzięki władzo! - przyrost nam sie rozkręca może by tak jakoś piękne stare polskie imiona wyciągnąć z lamusa, co by Roch mógł się Jagienką za włosy szarpać na boisku, a pani do kąta Zycha stawiała.