Hotele, co hańbią Brukselę…
Wasza światowa korespondentka sponsorowaną przez Unię E. wróciła właśnie z Brukseli – miasta czekolady, piwa, rozgwieżdżonych niebieskich flag i setek tysięcy sztywnych garniturów. Sprawa będzie o hotelach i ich fortelach…
Jako osoba o niezwykłej przenikliwości umysłu zarezerwowałam trzy pokoje dla mojej delegacji ponad 2 tygodnie przed wyjazdem. Potwierdzili, że trzeba zapłacić majątek, ale możemy przyjeżdżać i czujność moja została uśpiona. Na 4 dni przed łapaniem żelaznego ptaka dostaję maila, że „okoliczności” nie pozwalają na realizację zaklepanego potwierdzonego zamówienia, ale przenoszą nas do innego hotelu i dziękują za zrozumienie.
Przez dwa dni próbuję gorączkowo dociec dlaczego mam mieszkać 15 min. dalej od centrum i czy ktoś może mi potwierdzić tą deportację na piśmie. Oba hotele (zbywający i przyjmujący balast) milczą. Dzwonię, apeluję, proszę… przysyłają mi jakieś numerki. Lecimy ze świadomością, że ławki parkowe pod Parlamentem muszą być cholernie zimne w listopadowe noce.
Na miejscu w recepcji jest dziumdzia, która owszem ma rezerwację na moje nazwisko, ale jest kompletnie ociemniała jeśli chodzi o płatności, stawki, drukowanie faktur. W ciągu czterdziestu minut dokonujemy większych operacji finansowych niż kantor w Ustrzykach Dolnych.
No ale hotel jest pierwszorzędnie designerski. Urządzony przez studnetów sztuki, z polotem, fantazją i wyraźnym wpływem „Gwiezdnych wojen”. Nad każdym łóżkiem jest inny wytwór młodocianej kreatywności…
Wchodzę z moim lubym, też euroturystą, tyle że z bratniego kraju knedliczków, do pokoju gotowa na doznanie artystyczne, a tu… na ścianie wielkie drzewo a na nim… nienarodzone dziecko w łonie matki. Zamieramy w progu, łapię nerwowo za plasterek na tyłku i żałuję, że nie nakleiłam trzech na zapas.
Wieczorem idziemy do innego hotelu, w którym mieszka czeska reprezentacja, aby dokonać fikcyjnej rejestracji mojego towarzysza. (Niewtajemniczonym wyjaśniam, że nad każdym projektem siedzi straszny audytor, za strasznym biurkiem i strasznie się przyczepia do faktur, biletów i rachunków za taksówki. ) Na miejscu niekumaty Arab w recepcji mówi nam, że zamiast 5 pokoi zarezerwowali im trzy więc, jeden pepiczek już dostał mała kanciapkę za 40 EUR, a mój luby może przespać się z którymś z kolegów… Na szczęście dla nich luby nie zwykł sypiać z kolegami.
Ja myślałam, że to tylko kolejarze w Polsce i celnicy na Ukrainie robią sobie taakie cyrki.

komentarz: by krzak 12.11.2007 10:51
Przypomniało mi się jak będąc o 23:17 w Rzymie, w czasie gdy metro było tam w remoncie i generalnie nikt nic nie wiedział jak się tymi zapchanymi autobusami przemieszczać, no więc w tej atmosferze dzwonie do hotelu że zaraz będę, a oni mi mówią że nie zrealizowali mojej rezerwacji bo mieli jakieś problemy. Tylko nikt mnie o tym nie poinformował. Oczywiście powiedziałem że zaraz tam będę i będę nieziemsko zły. W efekcie, pierwszą noc spędziliśmy w pokoju jednoosobowym na zajebiście wąskim łóżku. Też myślałem że to tylko u nas takie numery. A hotel tez nie był z tych studenckich.
komentarz: by gagatka 12.11.2007 14:33
krzaku Ach, hotele a la italiano to osobna bajka
Do dziś nie zapomnę czterogwiazdkowego cuda w centrum Mediolanu gdzie nie było klamek w oknach a klimatyzacja działała w skali 21 – 25 stopni. Pięć lodowatych pryszniców każdej nocy żeby rano trzęsącymi sie rękami wychylić espresso…
komentarz: by Rew 12.11.2007 15:29
Wniosek: lepiej zamawiać hotele tuż przed wyjazdem
Nie wiem na co narzekasz, przecież miałaś „wrażenia artystyczne” :]