meldunek z frontu nr 17/fI4/112007
Jak to mawiano w czasach pana Kmicica, mea maxima culpa, trochę się nie odzywałam, ale działo się na froncie pracowniczym, oj działo.
Jeden ze stałych klientów, z którym współpracujemy już od dłuższego czasu postanowił nieco zmodyfikować zasady naszej wspólnej koegzystencji. I zaproponował Umowę. Umowa zrywa kask i wbija w ziemię.
Zasadniczo propozycja naszego miłego pana sprowadzała się do tego, że wszystkie obowiązki przy obsłudze pewnego sajtu idą na nasze głowy (i tutaj zastrzeżeń nie zgłaszaliśmy), ale ryczałt idzie sobie precz, a z zysków które będą (lub których nie będzie, bo łaska reklamodawców na pstrym koniu jeździ) dostaniemy 30 procent. To się nazywa ’system motywujący’. Argument, że z tego co nam wiadomo nawet przedstawiciela handlowego ciężko namówić na pracę w systemie li i jedynie prowizyjnym, bez symbolicznej podstawy nie trafił naszym miłym panom do przekonania. Cóż, zdarza się.
Ale tak naprawdę rozłożyła nas propozycja zapisana jakieś dwa paragrafy poniżej. Otóż, podczas trwania tejże umowy nie mamy z Kochaniem prawa zajmować się obsługą innych stron, serwisów, wortali i portali internetowych. W przeciwnym razie zostanie to uznane za ciężkie naruszenie warunków umowy i sprowokuje zleceniodawcę do natychmiastowego rozwiązania umowy bez wcześniejszego wypowiedzenia.
Punkt drugi, tego samego paragrafu głosił, iż po rozwiązaniu umowy przez 24 miesiące nie mamy prawa zajmować się obsługą innych stron (bla bla zupełnie tak samo jak linijkę wcześniej). O ewentualnym odszkodowaniu koleś się nawet nie zająknął. W chwili gdy dla czystego sportu zwróciłam mu na to uwagę podumał chwilę, po czym obiecał nam 20 proc. zysków ze strony internetowej będącej przedmiotem umowy, przez okres 24 miesięcy.
Najlepsze zostawiłam na koniec- jeśli jednak okazalibyśmy się łotrami bez czci i sumienia i w ciągu tych dwóch lat, nie bacząc na kokosy jakie możemy otrzymywać w systemie prowizyjno-odszkodowawczym, wzięlibyśmy się za robotę “konkurencyjną” płacimy im karę. Okrąglutkie 200000 zł (słownie: dwieście tysięcy złotych).
No nic. Pogadalim sobie z panami, wyszliśmy za drzwi, pokręciliśmy głowami. “Nieee, nie wchodzimy w to”.
Ale potem przemyśleliśmy sprawę i w imię zasad (jeden z tych gości kiedyś nam pomógł. Naprawdę konkretnie nam pomógł) umówiliśmy się na następną rozmowę.
Posiadanie trzyletniego dziecka w domu daje naprawdę niesamowity trening w zakresie negocjacji. W efekcie, paragraf dotyczący konkurencji wyleciał. Odszkodowania tym bardziej. Obok zapisów pozwalających zlecającym rozwiązać z nami umowę bez wypowiedzenia pojawiły się zapisy pozwalające nam na to samo. Ileś tam rzeczy wymaga naszej akceptacji, ileś tam działań Zlecających podjętych bez naszej wiedzy i zgody stanowi podstawę do natychmiastowego odstąpienia od umowy. ITD. ITP.
Słowem, umowa zaczęła w końcu przypominać umowę, w której pozycja obu stron jest mniej więcej równoważna, a nie relacje miedzy dziedzicem a chłopem pańszczyźnianym.
Tylko że rozum nam podpowiada, że to nie jest nasz interes życia, stanowczo.