Dlaczego związki się psują?
Happy end w love story? Żyli długo i szczęśliwie. Występuje w bajkach o księżniczkach, smokach i rycerzach. Rzadko w przypadku braku smoków, że nie wspomnę o szlachetnych damskich i męskich charakterach…
Większość jednak wspaniałych, obiecujących, rozżarzonych relacji prędzej czy później rozpada się z hukiem, albo po cichu, albo dla dobra dzieci, psa i wspólnych roślinek wegetuje latami wysysając sobie wzajemnie soki życiowe. Może do siebie nie pasowali, może nie umieli sobie wybaczyć błędów i słabości, może im się znudziło?
Ja rozwinęłam we własnym ogródku doświadczalnym teorię, że dobry związek z szansą na happy end w postaci domku na prerii, gromadki wesołych urwisów i romantycznych kolacji po sześćdziesiątce musi zawierać trzy elementy: pasję, szacunek i zaufanie.
Jak któryś z nich pieprznie, to lepiej szukać od razu nowego lokalu.
A że profilaktyka mniej kosztuje (i boli) należałoby chyba trochę zainwestować we wspomniane aktywa. Zaufanie, wiadomo, jest póki nie ma łgarstw, mataczeń, zdrad – w przypadku ludzi tolerancyjnych przetrwa nawet i kilka takich wybojów. Warunek jest jeden: szczera komunikacja. Niestety, większość z nas ma wbudowaną blokadę SIM jeśli chodzi o wyrażanie uczuć…
Szacunek ma sens jak jest obustronny. Chcę szanować jego, ale muszę czuć się szanowana również. Cmok w rączkę i uszanowanie dla pani to trochę mało. Bo żeby zasłużyć na respect ukochanej osoby trzeba mieć w życiu klasę, zawsze i wszędzie. A żeby szanować odmienność drugiej osoby, trzeba wydłubać w sobie cierpliwość, wyrozumiałość i empatię. Jak gleba jałowa, to nie pomogę…
Najprostsza wydaje się kwestia pasji. Jest albo jej nie ma, łatwo to sprawdzić bo pali, spać po nocach nie daje i sprawia, że lody topniejące czekoladowe smakują jeszcze lepiej. Fajnie jest dorzucać trochę drewien do ognia – seksowną koronką, szampańskim jacuzzi albo figlarnym pejczem. Klops, gdy nie dopilnujesz i płomyk padnie… bo też te płomyki mają tendencję do samougaszania.
Konia i pół królestwa za sprawdzony przepis na pasję.
komentarz: by Jajcuś 23.04.2008 18:14
To co nazywasz „pasją” to w różnych fazach związku może być czymś innym. Na początku jest to to, co „polyamorzyści” nazywają NRE (New Relationship Energy), a nasi „zakochaniem”, „zauroczeniem”, itp. Czasem taka pasja skutecznie zastępuje i pozostałe elementy. Ale w końcu się wypala.
I wtedy czas odnaleźć nową pasją w związku, taką którą czasem trzeba dopiero rozpalić i potem podsycać, żeby nie zgasła… ale ona wciąż może dawać radości nie mniej niż pierwsze zauroczenie.
O szacunku trudno mi mówić, bo szacunek się ludziom należy (niektórym co prawda mniej) nie tylko w związku.
Ale już zaufanie i komunikacja to podstawa. Gdy kończy się NRE ludzie zaczynają widzieć na oczy. Zauważają, że mają wady, że poza „drugą połówką” istnieje jeszcze cały świat. Jeśli nie umieją wtedy o tym wszystkim szczerze porozmawiać (bez zaufania trudno… ale i zaufanie bez komunikacji to mało)… to jakoś kiepsko widzę przyszłość takiego związku…
Z drugiej strony… każdy związek jest inny, to co działa u mnie, może u kogoś innego być receptą na katastrofę, a to co działa u kogoś innego, może być u mnie nie do przyjęcia.
komentarz: by gagatka 23.04.2008 18:59
Jajcuś! Czy ty jesteś jeszcze wolny???
A tak poważnie, z takim podejściem jak twoje, to ta druga połówka będzie miała bajkę, nie życie. Nie można tak trochę innych chłopów zainfekować?
komentarz: by Jajcuś 24.04.2008 07:27
gagatka: Nie. Ale co za różnica?
A tak poważnie, to podejście podejściem, a realizacja realizacją. Zapewniam Cię, że moja druga połówka ma ze mną czasem ciężkie życie.
W „żyli długo i szczęśliwie” bez żadnego „ale…”, to ja nie wierzę.
komentarz: by Monisia 27.04.2008 09:16
no ciekawe ciekawe ;p