19 Maja 2008

Up the Scorpions ;)

autor: Asia, dział: Obrazki, godz. 23:07

Mimo iż gorące czerwcowe sesyjne dni zbliżają się nieubłagalnie, czasem po prostu trzeba sobie zrobić przerwę w nauce i skoczyć na przykład na jakiś sympatyczny koncercik.
Okazja nadarzyła się w miniony weekend, bowiem w Ostrowie w ramach uświetniania Turnieju o Łańcuch Herbowy występowali Scorpionsi. Pierwsze wrażenie było nieco na minus (zaraz, jak to, Scorpions będą grali może nie do kotleta, ale do kiełbaski z grilla?), Niemcy są wprawdzie weteranami sceny, ale umówmy się, AŻ TAK ich chyba nie przypiliło. Po kilku dniach sprawa się wyjaśniła, koncert będzie normalnie biletowany, ceny wręcz z gatunku tych wyższych niż niższych (sektor przed sceną wyceniono na równe 130 pln), a ponieważ z Wrocławia do Ostrowa jest ok. 100 km to grzechem byłoby się nie wybrać.

Po fakcie okazało się, że grzech byłby to nie do wybaczenia, porównywalny tylko z tym popełnionym swego czasu przez Kochanie, któremu nie chciało się ruszyć z domu na koncert Paradise Lost odbywający się w klubie 300 metrów dalej. Bowiem Scorpionsi choć mają 60 na karku pokazali jak należy grać hard rocka.

Na stadionie mimo- jak się już rzekło- nie najniższych cen biletów pojawiło się kilkanaście tysięcy osób. Ostrów jest miastem niewielkim, liczy sobie jakieś 80 tys. dusz i dotychczas gościł gwiazdy pokroju Perfectu, Dżemu czy Maanamu. Scorpions zażyczyło sobie postawienia konkretnej sceny, sprowadzenia odpowiedniego nagłośnienia - włala, klient nasz pan. Na środku murawy stanęła kilkunastometrowa scena, na którą - punktualnie, co do minuty! - wpadli Scorpionsi. I się zaczęło.

Wokal Klausa M. z początku wydawał się brzmieć słabo, ale tylko z początku. Dwa, trzy kawałki i rozgrzał się do poziomu mistrzowskiego. Na gitarach wymiatali 60- letni Schenker i nieco młodszy Jabs. Na basie nasz rodak Paweł Mąciwoda, dla którego był to pierwszy pełnowymiarowy koncert zagrany przed polską publicznością. Za garami schowany Kottak, który jednakże w pewnym momencie nie odmówił sobie przyjemności zaprezentowania się publice. Popił piwo, podyskutował, stwierdził że jest “zajebiszczie” (musi co Mąciwoda szkoli chłopaków z podstaw języka polskiego…), miałam wrażenie że bardziej rock’n'rollowa publika byłaby w stanie skłonić go do ściągnięcia portek.

Tradycyjne pytanie, co Scorpionsi zagrali? w przypadku zespołu z takim stażem jest to pytanie o tyle istotne, że z jednej strony wydane przez nich hiciory zapełniłyby długie koncertowe godziny, z drugiej zaś publika lubi piosenki które doskonale zna, więc mimo iż trasa koncertowa promuje nową płytę, to w zestawieniu znaleźć można sporo klasyki. Na ten wariant postawili też Scorpionsi. Nie wiem czy sami z siebie doszli do wniosku, że na koncert przyjdzie trochę przypadkowych fanów, czy też organizatorzy szepnęli im słówko, dość że w sobotę usłyszeć można było przekrój przez największe przeboje mistrzów z Hanoweru.

Że będzie Wind of Change, to było do przewidzenia. Ale zaskoczyli pozytywnie “In trance” (kawałek z głębokich lat 70-tych), “Hey you” (utwór, który znalazł się tylko na singlu i na kilku kompilacjach) oraz nie rzucającym na kolana “I’m leaving you” który to jednak kawałek - z uwagi na fakt iż nie grają go zbyt często na koncertach - doprowadził fanów do stanu wrzenia.

Było też “Send me an angel”, na bis “Rock you like a hurricane”, wcześniej “Coming home”, “Alien nation”, “Blackout”, “The zoo” i wspaniała długa wersja hicioru bardzo na czasie czyli “Holiday”.
Summa summarum wpierw półtorej godziny uczciwego hardrockowego napierdalania (ja przepraszam za sformułowanie, ale ono dobrze oddaje istotę sprawy) a potem jeszcze półgodzinny set na bis. Czujecie? dwie godziny muzyki, non stop. Bez taryfy ulgowej.

Info że ci ludzie są starsi od moich rodziców do mnie nie docierało. Schenker wygląda na czterdzieści parę lat, Mainemu nie dałabym więcej niż 50-52. Kondycji sama im zazdroszczę. Zazdrość budzi też niesamowita radość grania, jaka z nich na scenie biła. Nie wiem, może po iluś tam latach występowania przed publiką wszystko mają obcykane i wyreżyserowane do perfekcji, ale wyglądało na to, że bawią się doskonale, zagadywali publiczność (Klaus Maine czarował publikę pojedynczymi polskimi zwrotami: dziekuje Ostrow Wielkopolski i ‘jak sie macie?’. Brakowało klasycznego “pooozdaawiam fszyyystkich polakófff” ;) ) a publika nie pozostawała im dłużna. Widok podtatusiałych czterdziestolatków, śpiewających na całe gardło “no one like you” czy “Dynamite” robił naprawdę spore wrażenie.

Koncert wypadł ogółem rewelacyjnie, powiedziałabym nawet że było to jedno z lepszych widowisk na jakie dane mi było się załapać. Respect i podziękowanie dla Scorpionsów.

Liczba komentarzy: 2 »

  1. Komentarz: autor Maxximilian 24.05.2008 15:32  

    Jak zobaczyłem ten nagłówek to sobie pomyślałem - to oni jeszcze żyją? No Mike Jagger też jeszcze żyje.

  2. Komentarz: autor Asia 29.05.2008 22:59  

    a nie nie nie, żyją i świetnie się mają. Daj mi Boże takie zdrowie jak będę miała ich lata ;)

Wątek RSS dla komentarzy do tego wpisu. Adres TrackBack.

Dodaj komentarz

Dodanie komentarza do wpisu

Jeśli chcesz, możesz użyć następujących znaczników: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>