24 Maja 2008

meldunek z frontu. półtora roku później

autor: Asia, dział: Kobiety w biznesie, godz. 20:30

Jakoś wkrótce stuknie mi półtora roku pracy „na swoim”. Jakie wnioski po tych kilkunastu miesiącach?
Własna działalność to dobre rozwiązanie, szczególnie dla tych niespokojnych dusz, dla których mordęgą jest 8 godzin spędzane codziennie za biurkiem. Zaliczam się do nich, niech się dzieje wola nieba, fizycznie nie jestem w stanie wysiedzieć 8 godzin w jednym miejscu. Z czasów urzędniczego etatu wybawieniem była konieczność przekazania za potwierdzeniem odbioru różnych Ważnych Pism Ważnym Personom z sąsiedniego urzędu. Dzięki własnej działalności problem jakby przestał istnieć. Pracuję gdzie chcę, kiedy chcę i jak chcę, a czy będę siedzieć przy biurku czy opalać się przy tej okazji na balkonie to już moja prywatna sprawa. Teoretycznie przynajmniej.

Po półtora roku wchodzi już w krew uwzględnianie w wycenie dla klientów pitów, zusów i innych cholerstw. Nie będę ukrywać, że się kilka razy na tym przejechałam, na szczęście kwoty nie zaliczały się do horrendalnie wysokich. Ale po wykonaniu zadania, kiedy człowiek sobie uświadamia, że tak właściwie nie zarobił tyle ile myślał że zarobi, bo złodziejom z różnych wrednych instytucji trzeba oddać co cesarskie szlag trafia. No ale nic to, nauka ponoć kosztuje. Fakt.

Czego jeszcze się nauczyłam? że strusia metoda chowania głowy w piasek, w momencie kiedy dzwoni klient, wkurzony co się dzieje z projektem który miał być na wczoraj, jest do kitu. Owszem, łatwiej nie odebrać telefonu, ale za każdym razem sobie tłumaczę, że należy się przemóc i pogadać z gościem teraz, a nie za pół dnia, kiedy będzie można pokazać gotowy projekt. Wbrew pozorom klient który ma jasność sytuacji wkurza się mniej, niż klient który za diabła nie może się z nami skontaktować. To zresztą działa w obie strony, bowiem w momencie gdy jakiś pan zalega mi z fakturą drugi miesiąc cenię sobie możliwość przekręcenia do takiego delikwenta, przypomnienia się, a nie wysłuchiwania w słuchawce frazy o czasowo niedostępnym abonencie.

Nauczyłam się też brać faktury na co tylko się da (a także na to na co się nie da. Mój księgowy potem na mnie trochę krzyczy). Artykuły papiernicze, znaczki pocztowe, nawet ostatnio komplet flamastrów się załapał (który to komplet podwędziła mi chwilę później córka. Acz idea była szczytna i miałam dobrą wolę przeznaczyć je na firmowe potrzeby).

I w zasadzie to wsio. Za pół roku wchodzę w pełny ZUS, zobaczymy co to będzie. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie…

2 komentarzy »

  1. komentarz: by primavera 26.05.2008 07:47  

    Ponoć gro firm prywatnych upada w pierwszym roku działalności, zatem już należą się GRATULACJE za wytrwałość i umiejętność trzymania się na powierzchni :) jesli do tego wychodzicie na tzw. swoje, to już jest naprawdę dobrze. Nie pozostaje mi nic innego jak trzymać kciuki za kolejne sukcesy. Pozdrawiam serdecznie

  2. komentarz: by Asia 27.05.2008 21:23  

    dziękujemy pięknie ;)
    Wrocław od zawsze poddaje się ostatni!

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URI.

Dodaj komentarz

Dodanie komentarza do wpisu

Jeśli chcesz, możesz użyć następujących znaczników: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>