była księgarnia, jest różowy sklepik
Miałam ci ja sobie pod bokiem księgarnię. Dla mola książkowego, takiego jak wyżej podpisana jest to sklep absolutnie pierwszej potrzeby, tak więc sąsiadowało nam się przemiło. Asortyment mieli bardzo dobry, klientów sporo, uwzględniali rabaty, a przede wszystkim nie wiem jakim cudem potrafili ściągać pozycje dawno już nieosiągalne.
W księgarni tej przez lata pracował zgrany zespół, kierownik (który o książkach wiedział wszystko, kojarzył kiedy co się ukazuje, jakie będą zapowiedzi i ogólnie w czym klient gustuje) oraz trzy przemiłe panie. Jakieś trzy lata temu sielanka zaczęła się psuć, na początek z pracy zrezygnowały panie, na ich miejscu pojawiły się nowe, ale to już było nie to. Kolejne posunięcie- kierownika podkupiła konkurencja. Jako że dżentelmeni o forsie nie rozmawiają obyło się bez podawania kwot konkretnych, ale skadinąd wiem, że wspomniana księgarnia nie rozpieszczała pracowników swych wysokimi pensjami.
Od momentu zmiany na stanowisku kierownika księgarni rozpoczęła się jazda po równi pochyłej. Panie pracujące nie że sobie nie radziły totalnie, ale było czuć pewną nieporadność, chaos i panikę. Stanowisko pe-o kierownika objęła laska mniej więcej w moim wieku, przesympatyczna, kompetentna, ale zdaje się nie czująca się najlepiej na kierowniczym stołku. Przepracowała tak ze dwa (może trzy) miesiące i nastąpiła kolejna rotacja.
Zjazd po równi pochyłej nabrał tempa. Panie z księgarni nie pamiętały już, co klient lubi i nie były w stanie poinformować go, że jest nowa książka ulubionego pisarza. W zamian za to na wejściu klient był atakowany informacją o 20% zniżce na pozycje Wydawnictwa Dolnośląskiego (przykładowo) oraz stawiany niemal pod murem ‘to świetna pozycja, naprawdę super, nie mamy jej za wiele, ja ją pani odłożę’. Chwila moment, czy ja wyraziłam zainteresowanie promocyjnym egzemplarzem?
Drugie wkurzenie to remanent na półkach. Książek jako się już rzekło mieli zawsze w cholerę, ustawione ciasno jedna przy drugiej, plus jeszcze zapas na zapleczu. Pod nowymi rządami na półkach zrobiło się bardziej ażurowo, część książek ustawiono ‘frontem do klienta’, po kiego czorta do dziś nie wiem. W efekcie na półce zamiast 50 sztuk mieściły się ze cztery książki.
Trzecia sprawa- obsługa, a konkretniej pewien młody dżentelmen. Ja już nie wiem, posadzili go tam za karę, w ramach prac społecznych, czy jak, w każdym razie tak niesympatycznej obsługi jak ta serwowana przez owego kawalera ze świecą szukać.
Efektem tych poczynań było dość nagły odpływ klientów. W dawnych czasach w księgarni widziało się zwykle co najmniej kilka osób zaczytanych, przeglądających wybrane pozycje, rozmawiających z obsługą. W nowych czasach w księgarni przebywała przede wszystkim obsługa, tłumy pojawiały się przed Świętami Bożego Narodzenia oraz w połowie sierpnia (podrrrręczniki rulez).
Gwoździem do trumny była decyzja właściciela budynku o podniesieniu czynszu. Księgarnia wzięła i się spakowała, a na dniach ma tam zostać uruchomiona kwiaciarnia. Ściany lokalu pomalowano już na obrzydliwie różowy kolor, normalnie aż dziwnie przechodzić obok.
Z powyższego wniosek płynie taki, że co prawda cmentarze są pełne niezastąpionych ludzi, ale jednak niektórych fachowców trudno zastąpić, a oszczędzanie na ich pensjach na dłuższą metę odbije się negatywnie. Co pracodawcom, zleceniodawcom, chlebodawcom i masłodawcom pod rozwagę poddaję.
komentarz: by Tapsia 25.01.2009 21:10
Święte słowa, panie dzieju, z tym cmentarzem i nie tylko.