Oddam się za pączka*
Surfowałam gdzieś ostatnio w czwartek po sieci i mnie poraziło, że to nie był jakiś tam czwartek, tylko tłusty, lukrowany, pełen zlizywania z brody wyciekłej marmolady różanej i ssania lepkich od słodyczy palców…
Niby nacja czeska wynalazek pączka pojęła ale co tu leżą w sklepach za stare opony, to wolę się nie zagłębiać. A już cała ta atmosfera pachnących konfiturą ulic, porannych godzinnych kolejek do Bliklego czy lokalnej cukierni, pierwszych mdłości około południa… za wszystko inne można pewnie zapłacić kartą.
Taki duszący element emigracji z kraju stojącym wzruszeniem, jakim jest nasza pączkująca RP. Możesz sobie zrobić barszcz na święta ze zwiędłych buraków, których tu nikt nie dowozi na gwiazdkę i uszka z grzybków Mung-fung. Możesz pójść sobie na 1/11 na groby i zapalić czwartą świeczkę na całym cmentarzu. Możesz wystrzelić na rauszu w noc świętojańską w miasto i mieć nadzieję, że cię jakiś Cygan nie zgwałci albo nie okradnie.
Mądrość przysłowiowa radzi jednak, aby krakać z wronami, bo tak w życiu łatwiej i sensowniej. Nie wszczynam więc buntów, jem do karpia sałatkę ziemniaczaną z majonezem, na dyngusa zamiast wiadrem wody leją mnie kijem a resztę tradycji staram się mieć głęboko w du…szy.
Problem jednak jest z tą właśnie romantyczną sarmacką duszą, która by chciała z czerwono-białym szalikiem po mieście latać w dniu meczu, a tym czasem w supermarkecie słyszy, że to jakieś “skurvene polske okurki”. Byście się zarazy knedlem udławiły!!!
(* tytuł jest oczywiście dla prowokacji - nic nie obiecuję oczywiście, choć próbować można
Kobieta zdesperowana miewa różne odchyły…)