dobry wujek Googiel
Na temat Googla i ich adsensów zdania są podzielone. Jedni sobie chwalą, innych szlag trafia (szczególnie w momencie gdy szczególnie pazerny na kasę właściciel strony natka tych reklam ponad przyzwoitość), ale jeśli mamy własną stronę na której chcemy zarabiać, to prędzej czy później czeka nas randka z wujkiem Googlem.
Początki bywają trudne, wiadomo. Szczególnie jeśli delikwent naczyta się o forsie, jaka w internecie drzemie i postanowi wyrwać część reklamowego tortu dla siebie. Marzenia niestety szybko pryskają jak sen jaki złoty, okazuje się, że w necie owszem, forsa leży na łączach, ale nie wystarczy się po nią schylić, trzeba jeszcze pokombinować.
Możliwości kombinacji jest kilka. Zauważyłam, że coraz częściej właściciele stron idą raczej na jakość niż na ilość i sprzedają całą powierzchnię reklamową jednemu klientowi. Serwis/ strona jest wówczas obrandowana na cacy, logo takich kasyn on-line wyskakuje na odwiedzającego ze wszystkich stron (o ile odwiedzający nie jest na tyle złośliwy, by zamontować sobie adblocka jakiegoś. niestety, ja lubię wiedzieć, co w necie słychać i adblocki omijam łukiem szerokim) no i w zasadzie fajnie.
Ale generalnie, jak już nie sprzedajemy się jednej, tematycznej marce, powiązanej najczęściej w jakiś sposób z treścią naszego serwisu, to możliwości mamy dwie. Wujek Googiel albo jedna z sieci reklamowych. Generalnie oddanie się sieciom wygląda w teorii przynajmniej sympatyczniej: określone stawki za określone reklamy, tyle a tyle wyświetleń da tyle a tyle PLN na naszym koncie. Gites. Tylko że w praniu okazuje się nagle, że do gry przystępują rabaty, że część reklam wyświetlana jest gratisowo (gratis dla właściciela witryny, ma się rozumieć) w ramach umową określonej współpracy, że kilkadziesiąt procent kasy wędruje do pośrednika i że generalnie forsy miało być dużo, a jest mało.
W przypadku googlowych reklam sytuacja wygląda nieco inaczej. Płacą nam za klikanie, nie za wyświetlanie reklam. Każdy klik liczy się inaczej, są takie po cencie, są też – powiadają starzy ludzie – i takie po kilkanaście, kilkadziesiąt dolarów. Jeśli znienacka zaczyna dobrze żreć (czytaj: dochody rosną jak szalone, a właściciel witryny zaczyna zastanawiać się nad wypoczynkiem na Hawajach) to nie ma bata, nagle stawki się załamują i pod koniec miesiąca wszystko uśrednia się do kwoty znanej nam dobrze z poprzednich tygodni. I to widzimisię padre Google to największy w moim odczuciu minus tej współpracy.
Bowiem plus jest taki, że mimo wszystkich „ale”, Google płaci lepiej niż sieci reklamowe. Dżentelmeni o forsie nie rozmawiają, wiadomo, po za tym nasz netowy don Corleone nie lubi, gdy ludzie zaczynają upubliczniać kwoty uzyskanych za jego pośrednictwem dochodów, ale żeby uświadomić PT Czytelnikom różnicę powiem tylko, że dla witryny z UU w okolicach 100 tys. i odsłonami w okolicach poł miliona w miesiącu z sieci reklamowych właściciel miał ok. 150 PLN w miesiącu, a od wujka Googla czek na 200 dolarów. Miesięcznie, ma się rozumieć.
c.b.d.w.
PS. Wujek Gugiel ma jeszcze jedną zaletę- guzik go obchodzi, czy i jakie reklamy zamieszczamy na naszym serwisie za jego plecami. Możemy sobie nawiązywać współpracę lub iść w bartery z kim dusza zapragnie. Przy sieciach reklamowych nie ma tak dobrze.
PS2. Ponoć kryzys ma pozytywnie wpłynąć na reklamy w internecie.