Powielkanocnie i po czesku
Przeżyłam właśnie pierwszą czeską wielkanoc. W dwóch słowach: ignorancja i perwersja…
Ignorancja bierze się oczywiście z obnoszonego tu z dumą ateizmu. Każdy kto się dowie, że jestem z Polski natychmiast szuka wzrokiem stygmatów na nadgarstkach i krzyża na piersi (pomijam facetów, którzy po prostu mają zwyczaj gapić się na cycki rozmówczyni). Oni tymczasem są pełni chwały, że żadne przykazania im życia nie zatruwają i na taką wielkanoc mogą wszystko olać. Nie ma więc święconki, nie ma białej kiełbasy, nie ma niedzielnego śniadania ani zajączka. W sobotę byliśmy na wycieczce nad jeziorkiem, w niedzielę myłam klatkę schodową i czyściłam rybę na obiad.
Jedyny wielkanocny zwyczaj łączy się z perwersją. Otóż w poniedziałek, zamiast wiadra wody na łeb, jest rózga. Pletą ja faceci, przyznam, że dość zręcznie, z witek wierzbowych, a potem łażą od domu do domu trzaskając panny po pupach. Ofiara ma w obowiązku dać im wstążkę na tę rózgę (trofeum zaliczonych lasek) i jeszcze coś słodkiego. No powiem szczerze, że jak przypadkiem babka ma upodobanie do klapsów, to z radością da i dwa kilo cukru
A niektórzy umieją kurcze trzasnąć!
W sumie ja się nie dziwię, że kościół woli tą wodę. Chociaż jak tak pomyśleć o mokrych podkoszulkach…