Romantyczny pan
Miałam kiedyś z lubym taką rozmowę o męskim romantyzmie, na krzesełkowym wyciągu we włoskich Dolomitach, kiedy mu uczciwie wypaliłam, że on to raczej nie bardzo… Mało z tego wagonika nie wypadł.
Spieramy się tak do dziś i ja mam z tego kolejny seksistowski wniosek, że facetom się wydaje, że jak świeczkę od czasu do czasu zapalą, bukiet kwiatów wlepią w dłoń na urodziny, czule przytulą, czy wyszepczą coś baaardzo uchu miłego, to są już na hurrra Panem Donem Juanem.
Pewnie, że babki lecą na te sztuczki jak pijane pszczoły na staropolską miodóweczkę, ale to jakby powiedzieć, że kobiet jest romantyczna, gdy się wciska w czerwone pończoszki, żeby on nie usnął wieczorem z piwem i FC Barceloną. Też mi romantyzm.
Mickiewicza, Goethego, Rimbaud by poczytać warto! Że prawdziwa miłość musi trochę boleć, albo nawet trochę bardzo, że wymaga poświęceń, cierpliwości, skrzywdzenia własnego egoizmu. No brzmi może głupio i pompatycznie, ale kto to przeżył, pewnie sam potwierdzi, że szastanie kwiatami, gdy wszyscy są zdrowi, piękni i ochotni do grzechu w sobotnią noc, to taki naprawdę malutki romantyczny kaliberek.
Ja wtedy, na tym krzesełku w Dolomitach, mówiłam lubemu – „widzisz, jakbym tu teraz spadła, połamała dwie nogi i nos, i znalazłby mnie jakiś pasterz, zabrał do swojej chatki i przez rok leczył kozim łajnem i przeżutym rumiankiem, odbierając sobie chleb od ust, to by było romantyczne.” Luby spojrzał na mnie, puknął się w gogle i ciężko westchnął.
Dobra, poddaję pasterza i kozie łajno, ale taki na przykład romantyczny zryw do mycia podłogi co sobotę, naczyń raz dziennie czy masowania moich obolałych plecków? Wyrzeczenie, ofiara… pełen romantyzm… i jeszcze 10 złotych na piwo, zamiast na kwiatki.