Harakiri
Zupełnie nie wiem, na jakiej zasadzie dobraliśmy sie z moim mężem. Nie podobają nam się te same książki, mamy zupełnie różny gust filmowy, on lubi, o zgrozo, komedie romantyczne, ja nie stronię od ambitniejszego kina. W życiu nie wysłuchaliśmy do końca razem tej samej płyty. Ja kocham morze, mój mąż uwielbia góry, a więc i z wyborem miejsca na urlopowanie mamy problem. Ale Harakiri to film, który nas pogodził. Japonia, XVII wiek. Na dwór potężnego klanu przybywa ronin, by prosić o pozwolenie na popełnienie rytualnego samobójstwa. W odpowiedzi słyszy historię samuraja, który kilka miesięcy temu przybył z taką samą prośbą. Historie obu roninów w zaskakujący sposób łączą się ze sobą… Okazuje się, że pierwszy z roninów popełnił harakiri bambusowym, a więc nieostrym mieczem. Jak do tego doszło?
Wspaniała opowieść o poświęceniu w imie najbliższych Masakiego Kabayashiego wyróżniona Specjalną Nagrodą Jury na festiwalu w Cannes. Być może tylko ja mam skojarzenia z Sienkiewiczowskim Jurandem ze Spychowa…
To arcydzieło japońskiego kina przypomina po wojnie zamerykanizowanej Japonii o jej starej kulturze, przywołuje tradycje i rytuały.
Polecamy.