Zakochałam się…
W jednym facecie z filmu, który jest tylko postacią fikcyjną i w przyrodzie nie występuje. Jak nastolatka kochająca się Spidermanie albo Rambo i wklejająca w zeszyt wyrwane z gazety zdjęcia. Jak fanka Beatlesów mdlejąca z rozkoszy i miękkich nóg…
Facet jest wysoki, słabo zbudowany, zarośnięty jak straszy biblioteczny i ma wielkie ciapowate okulary. Nie ma pieniędzy, sprzedaje ubezpieczenia i nie potrafi kupić prawidłowego bezpiecznika, żeby w domu był prąd. Ale ten facet jest Bogiem…
Oświadcza się bez ustanku i utraty wiary swojej niewierzącej w magię matrymonialną dziewczynie…
Pociesza ją, ciężarną, że zawsze będzie ją kochał, nawet, gdy ona utyje tak bardzo, że nie będzie mógł odnaleźć jej pochwy…
Uczy się strugać łódki w drewnie i wiązać węzły żeglarskie, żeby przyszła córeczka miała dzieciństwo jak Huck Finn…
Wyzywa od kurw i „cipojadów”, żeby podnieść maleństwu w łonie matki ciśnienie, bo ma trochę za niskie…
Wymusza na matce swego przyszłego dziecka, że jeśli zginie nudną i głupią śmiercią, to ta powie potomstwu, że ojciec poległ w bitwie wręcz z Rosjaninem, ratując 850 Czeczeńców…
Mam gdzieś Brad Pitta, poważnie.
O filmie tutaj – jest boski, prawie tak jak ten facet.