Najlepszy seks w moim życiu
Macie czasem tak? Budzicie się rano, myślicie co to się wczoraj wydarzyło i dochodzi do Was, że przeżyliście największą rozkosz w swoim życiu? Może to i owo trochę boli, a gdzieniegdzie jakiś siniec, ale dusza śpiewa…
To jest właśnie fenomenalne w długodystansowych związkach, że chociaż ogłupienie i bezkrytycyzm mijają, seks staje się coraz lepszy – jak orkiestra która zna każde brzmienie każdej struny. I choć mijają lata, raz słoneczko, raz chmurka, łóżko może być coraz gorętsze, coraz odważniejsze, coraz bliższe skrytym fantazjom.
A może ja sobie tak tu kwilę z radości po kolejnym „najlepszym”, siedząc tak w pół na krześle, a nie wiem nawet, że ten proces się wkrótce zatrzyma. Doświadczyliście może momentu, gdy jest tylko gorzej, a ostatni fajny siniak był rok temu?
A może właśnie najlepszy seks nie jest z nigdy z człowiekiem którego kochasz, szanujesz i chcesz na rodzica swoich dzieci, ale z nieznajomym w ciemną noc, gdy nie ma zahamowań, nie ma ograniczeń, nie ma konsekwencji? No chyba, że kiła, ale to się przecież leczy.