Lepiej dawać niż brać, zaspokajać niż…
być zaspokajanym. Truizm. I wcale nie wynika z ludzkiego alTRUIZMU, raczej próżności…
Pisałam ostatnio artykułów kilka na temat seksualnych klopsów w stylu, że on nie może dojść do stanu gotowości (jajku na twardo wystarcza 5 minut, ale to jedyny naukowy pewnik) a ona nie może dojść do stanu radości. Jak taka para się spotka, to pół biedy - zagrają w scrabble, wypiją butelkę wina i pójdą radośnie spać.
Ale że partnerów nam dobierają bodźce wzrokowe, feromony i koleżanki, rzadko ten, który nie może bywa z tą co też nie daj Boże. I wtedy pojawia się problem, że trzeba udawać, chować się po kątach, grać w kotka, myszkę i ból głowy. I pojawiają się do pary nieszczęść kompleksy, życie traci kolory, nie chce się nawet śmieci wynosić, bo co cię to… masz większe kłopoty niż gnijące odpadki w kuchni.
Cała jednak heca jest w tym, że najbardziej cierpimy nie za siebie, ale dlatego, że ta druga osoba, może pomyśleć, że nie podnieca nas wystarczająco i popaść w marazm, konsekwentnie także i zdradę. Bo mało kogo tak naprawdę w łóżku obchodzi jak mu będzie dobrze - żyjemy tym, co myślą inni i przeważnie chodzi o to, żeby szept z sypialni wyszedł: “wowwwww, on to jest wielki…./ ona szaloooona!”.
Nie jesteśmy więc egoistami. Jesteśmy hipokrytami dbającymi o pozory.