Blondynka w Afryce, cz.1
My tu sobie gadu-gadu a mnie cały ten czas tak naprawdę nie ma. Teraz już jestem, ale w ciężkim szoku termicznym po wylądowaniu w zimnym Gdańsku prosto z trzydziestostopniowego marokańskiego upału.
Ostatnie trzy tygodnie spędziłam w kraju wielbłądów, kus-kusu i Allaha, i nawet jemu dziękuję, że jestem już w domu. Przeżyć sto tysięcy łącznie z obrabowaniem, opaleniem, przejedzeniem, utopieniem i nerwowym załamaniem, ale o tym będzie po kolei.
Dziś ogólnie chciałam stwierdzić, że jak się chce jechać na wakacje to się pakuje ręczniczek i olejek i pryska do Włoch albo nawet do prawie rumuńskiej Bułgarii. Do Afryki się jedzie po przygody, niebezpieczeństwa, biegunki, nieprzyjemności, upały, smrody i wszystko to co kręci reporterów National Geographic.
Dziś siedząc sobie w ciepłych kapciuszkach z kubeczkiem Liptona bez cukru pławię się w bogatym duchowo-cielesnym doświadczeniu, które wpłynęło na mój światopogląd niczym noga słonia na żabę. Trzy dni skamlałam ze złości, goryczy i rozpaczy aby dorwać jakąś tratwę i płynąć na dziko przez Atlantyk.
Żeby ni kończyć jednak czarnym klimatem lądu w tym samym kolorze przyznam, że w Afryce pokochałam 3 rzeczy: surfing, palmy i tajine, czyli lokalne jadło. Jak na blondynkę przystało.
CDN