Kryzys
Jeszcze do niedawna kiedy dzwoniłam w sprawie pracy na pytanie, o której jest rozmowa, słyszałam odpowiedź: A o której pani może przyjść? Ten czas minął jednakoż, ale, ponieważ przeżyłam już recesję, wiem, że i kryzys minie…
Recesja przypadła akurat na rok, kiedy to skończyłam studia. I pamietam do dziś, jak stałam, nie mając żadnego zawodowego doświadczenia, w długich kolejkach po jakąkolwiek pracę. Barmanki, asystentki, nauczycielki. W kolejkach dziewczyn, rzecz jasna. Blondynek, brunetek, rudych. Takich, co to znają Dosa albo takich, co znaja Excela. Co to robią laske z połykiem albo bez połyku. Do wyboru do koloru.
Wreszcie udało mi się dostać pracę asystentki u pewnego Araba. Teoretycznie na pół etatu. Praktycznie na półtora. Za 600 zł. Starczało na jogurt i grahamkę, zresztą tyle wtedy jadłam. I dobrze, bida to najlepsza dieta.
Dziś żyję ze zleceń, które mam dzięki zawodowemu doświadczeniu i kontaktom. Ale raz po raz strzeli mi do łba zatrudnić się gdzieś na etat. Ostatnio dlatego, bo wymarzyłam sobie prywatny żłobek dla synka z wieloma niesamowitymi, rozwijajacymi zajęciami dla maluchów. A że póki co mnie na taki nie stać…
Dzwonie w sprawie pracy do jednego z wydawnictw medycznych. Pani Achajko – słyszę – dwa lata temu jak dawaliśmy ogłoszenie, nie dostaliśmy ani jednej odpowiedzi. Dziś jesteśmy zawaleni aplikacjami.
Dwa lata temu, panie, to jak ja wysyłałam CV, zapraszali mnie na rozmowę za każdym razem.
Kryzys, Moi Mili, kryzys…
A jak Wy sobie radzicie?