Wielkie żarcie
Święta są od tego, żeby się napakować, napchać i nażłopać.
Kupiłam na święta ciasto. Górę z faworków w miodzie, maku i rodzynkach. Zżarliśmy jeszcze w sobotę. Upiekłam szynkę i dwa kilo schabu. Poszło wszystko tego samego dnia. Tak więc w sobotę wieczorem, przerażona, że nic nie ma do jedzenia, zrobiłam śledziową sałatkę, sałatkę warzywną, barszcz, pieczoną białą kiełbasę, jajka ze szparagami. A moja mama dorzuciła do tego pieczonego kurczaka i dwa ciasta. Święta jeszcze nie minęły, a my zżarliśmy to wszystko.
I zasmażka! – chciałoby się zaśpiewać wzorem Kabaretu OTTO (czy ktoś ich jeszcze pamięta? Bo ja od spożycia sporej ilości wielkanocnych jaj chyba mam sklerozę…)
I co, Mili Moi? Czy nie ma alternatywy? Czy święta naprawdę są tylko po to, żeby się najeść i nażłopać?
Tak, ale najeść się i nażłopać z rodziną i przyjaciółmi, na co nikt w Wawce ( i pewnie nie tylko) w tygodniu powszednim nie ma czasu. Najeść i nażłopać przy wspólnie obejrzanym romantycznym filmiku. Wreszcie załączonym w spokoju świętym i bez bieganiny. Najeść i nażłopać przed spacerem z maluchem, chorowitą babcią albo nawet z psiakiem, który w te dni dłużej wybawi się na dworze.
Przytyć te dwa, trzy kilogramy przed sezonem bikini, ech.
I spalić. Spacerując, bzykając się ze ślubnym, tańcząc, no bo przecież koniec postu…
Na pohybel antytradycjonalistom, Moi Mili, na pohybel.
Niech żyją święta!!!